VII. niedziela, ranek
![]() |
| źródło: archiwum użytkowniczki |
Tak
więc byłem wczoraj na koncercie André.
Nie mogę nie przyznać, że poczułem się dość mocno zazdrosny o
jego karierę, wszakże sam wyobrażałem sobie siebie na deskach
którejś z najznamienitszych sal koncertowych, a sala Filharmonii
Paryskiej z pewnością wpisywała się w tę kategorię.
Wydarzenie
rozpoczynało się o 20:00, byłem na miejscu już o 19:00 by móc
spokojnie powałęsać się po gmachu przybytku. Chciałem chłonąć
wszystkimi zmysłami atmosferę tego miejsca, w którym nigdy nie
będzie mi dane zagrać, a jedynie pojawiać się w nim jako widz.
Powiem szczerze, że majestat wnętrza filharmonii przeszedł moje
najśmielsze oczekiwania. Ściany i sufity spływały złotem i
białym marmurem, olbrzymie lustra w barokowych ramach zdobiły każde
z czterech pięter, gładka tafla podłogi z materiału imitującego
różowy kwarc sprawiała wrażenie kruchej jak lód, stąpając po
niej czułem się jak dziecko stawiające ostrożne kroki po
zamarzniętym jeziorze, jak przepełniony strachem malec, który mimo
swej ostrożności nieustannie ma z tyłu głowy obawę, że kolejne
stąpnięcie może okazać się być zbyt mocne i zakończyć się
tragedią. W tej sytuacji prawdziwym wybawieniem okazały się być
grube, burgundowe dywany, których brzegi wieńczyły złote frędzle.
Bardzo przyjemnym uczuciem było kroczenie po nich, stopy nieznacznie
się w nie zapadały, co dawało odczucie podobne do tego jakie ma
miejsce gdy chodzi się po mchu.
Największe
wrażenie zrobił na mnie jednak żyrandol wieńczący strop sali
koncertowej. Ogromna, złocona, wieloramienna konstrukcja, z każdego
ramienia spływały nieskończone ilości drobnych sznureczków z
przytwierdzonymi do nich mniejszymi i większymi kamieniami
szlachetnymi, w które mógłbym się wpatrywać godzinami. Brylanty,
różnobarwne szmaragdy, rubiny, szafiry, topazy, aleksandryty,
jaspisy, malachity...oszałamiająca feeria barw hipnotyzująca
źrenice. Zbytek jest piękny.
Dostałem
środkowe miejsce w trzecim rzędzie na parterze, tak abym mógł
mieć zarówno dobry widok na André i jego kompanów, jak i
sposobność do odpowiedniego odbioru muzyki. Trochę żałowałem,
że nie dane mi było siedzieć na jednym z wystawnych balkonów,
przypominających przez swój przepych ambony z Bazyliki Świętego
Piotra, odezwała się we mnie jakaś proletariacka natura, lgnąca
do bogactwa niczym ćma do światła. Niemniej siedziałem jak
oczarowany w fotelu obitym pluszem, niecierpliwie wyczekując
koncertu. Zaczęli punktualnie o 20:00. Idealnie.
Nie
istnieją słowa mogące opisać moje odczucia podczas tego wieczoru.
Kompletnie odpłynąłem, wszystko wokół przestało istnieć, była
tylko scena, André, trzej pozostali muzycy i ja. Mile zaskoczył
mnie ich repertuar, wzięli na warsztat nie tylko klasyków, ale i
parę numerów Snarky Puppy i Pink Freud. Moje względy zaskarbiła
sobie zwłaszcza ich interpretacja „Bike”, nie tak dobra jak
oryginał, ale niezwykle warta odsłuchania.
2
godziny zleciały niepostrzeżenie, zdecydowanie powinni byli dłużej
zostać na scenie. Widownia bez dwóch zdań podzielała moje
odczucia, nagradzając Kronos Quartet gromkimi brawami i domagając
się bisów. Widać było po chłopakach, że nie dadzą rady
wysłukać z siebie więcej energii, dali z siebie wszystko, tak więc
niskie ukłony ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, wielokrotnie
rzucane w stronę publiczności «merci»
na przemian z „thank
you”,
pożegnalne „you
are the best audience in the whole world, see you next time!”. Głośno
gwiżdząc, pomachałem André a on dał mi znak ręką, żebym
skierował się w tą samą stronę, co reszta bandu. Tym sposobem
zawitałem do ich garderoby i poznałem pełen skład, poczciwy André
przedstawił mi każdego muzyka z osobna, dając sposobność na
personalne pogratulowanie im wszystkim i zamienienie paru zdań o
koncercie. Widać jednak było, że mojemu kumplowi bardzo zależało
na tym, byśmy jak najszybciej zostali we dwóch, także po piętnastu
minutach pogawędek wyszedłem z nim przed gmach filharmonii zapalić.
Wywiązała się między nami całkiem miła rozmowa.
‒
Rany, Watkin,
pojęcia nie masz jak się cieszę, że tu dziś ze mną jesteś!
‒ Cała
przyjemność po mojej stronie, przyjacielu, nie krępuj się przy
następnych koncertach, chętnie przytulę kolejne bilety –
mrugnąłem do niego porozumiewawczo.
‒ Się
wie, będziesz pierwszym, do którego trafią! Tylko pod jednym
warunkiem – pogroził mi palcem z udawanie surową miną – będziesz
grzecznie trzymał się abstynencji i nie dasz się sprowadzić na
manowce, nikomu, nigdy!
‒ Już
Ty się o to nie martw – zapewniłem go – świadomość, że
gdyby nie ta cała kabała w konserwatorium to mógłbym być dziś
tu gdzie Ty, skutecznie powstrzymuje mnie od sięgnięcia po
cokolwiek.
Ze
współczuciem położył mi rękę na ramieniu.
‒ Stary,
trwaj przy tym postanowieniu a zobaczysz, że wszystko się zmieni!
Nie załamuj się, graj dalej w weekendy, na pewno zauważy Cię
jakaś szycha z muzycznego światka i ani się obejrzysz, a to ja
będę przychodził na Twoje koncerty!
‒ Dobrze,
panie terapeuto, w następną sobotę ustawiam się na Avenue
des Champs-Élysées, serdecznie
zapraszam na recital. Niestety, biletu brak, wszystkie rozeszły się
w dniu ogłoszenia występu, proszę przyjąć zatem to skromne,
ustne zaproszenie – skłoniłem się, by nadać mym słowom
jeszcze więcej absurdu.
‒ No,
i tak trzymaj! - pogratulował mi André, krztusząc się ze śmiechu.
A potem dodał śmiertelnie poważnym tonem:
‒ Watkin,
nie zniósłbym Twojej śmierci, rozumiesz? Miej to na względzie jak
będzie Ci gorzej czy coś. I nawet jeśli koniec końców coś
przyćpiesz, mów mi o tym, nie wstydź się, nie czuj się głupio,
bez takich! Przyjaciele są po to żeby sobie pomagać – zajrzał
mi głęboko w oczy- jasne?
‒ Jasne.
Dziękuję Ci, stary, jesteś na wagę złota.
Było
grubo po 1:00 gdy dotarłem do mieszkania. Nie mogłem zasnąć,
myślałem o Paco i wspominałem nasze wariackie pomysły.
Przypomniało mi się jak kompletnie upaleni poszliśmy do Luwru
zażyć trochę kultury. Cały dzień błąkaliśmy się po muzeum,
naśladując w salwach śmiechu pozy rzeźb i miny postaci z płócien.
Zrobiliśmy sobie nawzajem chyba z dwieście zdjęć i o mały włos
nie zostaliśmy wykopani na zewnątrz przez kustosza. Pamiętam, że
jakoś pod koniec naszego „odchamiania się” stanęliśmy przed
słynną Mona
Lisą i
zaczęliśmy debatować nad jej ikonicznym, tajemniczym uśmiechem.
Po dłuższym przyglądaniu się Giocondzie postanowiłem podzielić
się z Paco moim odkryciem.
‒ Facet,
już wiem co oznacza ten cały uśmieszek. Popatrz na jej oczy, prawe
już jej ucieka do góry, a ten głupkowaty wyraz twarzy może
znaczyć tylko jedno - ona jest po prostu zbombiona niegorzej niż
my.
A
nie mówiłem, że kiedyś rozszyfruję jedną z największych
zagadek w historii ludzkości?
Alleluja.


Komentarze
Prześlij komentarz