V. piątek, wieczór
![]() |
źródło: archiwum użytkowniczki
|
Ani się obejrzałem a z poniedziałku zrobił się piątek. Czas szybko mija gdy pracuje się w gastronomii. To bez wątpienia największa zaleta roboty w tym sektorze usług, nie zapominając o napiwkach, rzecz jasna. Niemniej, po powrocie do domu nie mam siły absolutnie na nic, dlatego zwykle zalegam na sofie (rzadko kiedy z jakąś lekturą, aczkolwiek zdarza się), odpalam papierosa i dumam. Ha, dumam! Koń by się uśmiał! Co ma moje roztrząsanie się nad przeszłością i użalanie nad swym marnym losem do, dajmy na to, prowadzenia wewnątrz swojej głowy ontologicznego sporu o istnienie desygnatów pojęć ogólnych?
Zastygłem w pół drogi do ust z
żarzącym się papierosem.
Właściwie od kiedy stałem się
najgorszym wrogiem dla samego siebie?
Okrucieństwo moich słów wbiło mnie
w miękkie obicie sofy. Przykro mi, stary, nie zasłużyłeś sobie
na to, po prostu nie przejmuj się tym dupkiem, okej? Dasz radę to
zrobić? Ignoruj go, d'accord?
Wróciłem wspomnieniami do pierwszego
dnia w Konserwatorium. Pamiętam dobrze to uczucie przytłoczenia
kiedy stałem przed jego olbrzymim, modernistycznym gmachem,
oślepiony przez biel fasady, tonący w morzu podobnych mi
nowicjuszy. Nagłe ukłucie w piersi i przykra myśl: „To niewiele
się różni wyglądem od lotniska. Ten sam kolor, podobna bryła,
ten sam chłód i bezduszność”. Zmroziło mnie w środku mimo
dwudziestopięciostopniowego skwaru.
![]() |
| źródło: https://enacademic.com/pictures/enwiki/67/Cnsmdp.jpg |
Pełen wewnętrznych obaw, dygocąc, na
nogach jak z waty, posłusznie ruszyłem za hałaśliwym tłumem. W
miarę rozglądania się po obcych, roześmianych i pełnych
entuzjazmu twarzach zaczęło mi się robić raźniej, od tych ludzi
biło przyjemne ciepło i nonszalanckie «Que
sera sera».
Czułem, że rozsądnie będzie zdać się na nich i dać się im
ponieść.
Kolejna migawka: stoimy w rzędach na widowni w sali koncertowej. Królują tu brązy i płowe odcienie żółci, jest znacznie przytulniej niż wcześniej. Na scenie, w snopie światła koloru miodu, kadra nauczycielska wraz z dyrektorem przybytku, za nimi orkiestra grająca na naszą cześć, «Bonjour, futurs musiciens, bonjour, future célébrités», podniosły nastrój zamyka wszystkim usta, twarze zastygają w błogich uśmiechach, ach, jak pięknie nas witają, z jaką estymą.
Nie mogę sobie przypomnieć przemówienia dyrektora, zatarło mi się w pamięci po upływie tych trzech lat. Strzelam, że było bardzo dostojne, wypowiedziane kwiecistym językiem, takim, jakiego się nie słyszy na co dzień, pełne pokładanych w nas nadziei, my, kwiat francuskiej młodzieży, który będzie godnie reprezentował tę uczelnię, respektował wszystkie obowiązujące nas reguły (każdą co do joty!), pilnie kształcił ciało, umysł i duszę, by móc stać się crème de la crème francuskiej sceny muzycznej. Ba, światowej sceny muzycznej!
Byłem tym wszystkim nieludzko przejęty i, chociaż to była dopiero inauguracja, momentalnie wziąłem sobie do serca frazes o starannym kształceniu się na przyszłą sławę, dokładaniu wszelkich wysiłków ku osiągnięciu perfekcji. Ten frazes pozostał ze mną aż do samego końca, kiedy ostatni raz przekraczałem progi Konserwatorium (tym razem w asyście policji), już nie jako znakomicie rokujący student, a jako zdeprawowany posiadacz amfetaminy.
Ostrożnie wybierajcie sobie ładne frazesy, którymi chcecie się kierować w życiu.
Po dziś dzień śmieszy mnie to moje święte przekonanie, że będę chodził tymi samymi schodami co niegdyś Ravel, Bizet czy Debussy.
Kolejna migawka: stoimy w rzędach na widowni w sali koncertowej. Królują tu brązy i płowe odcienie żółci, jest znacznie przytulniej niż wcześniej. Na scenie, w snopie światła koloru miodu, kadra nauczycielska wraz z dyrektorem przybytku, za nimi orkiestra grająca na naszą cześć, «Bonjour, futurs musiciens, bonjour, future célébrités», podniosły nastrój zamyka wszystkim usta, twarze zastygają w błogich uśmiechach, ach, jak pięknie nas witają, z jaką estymą.
Nie mogę sobie przypomnieć przemówienia dyrektora, zatarło mi się w pamięci po upływie tych trzech lat. Strzelam, że było bardzo dostojne, wypowiedziane kwiecistym językiem, takim, jakiego się nie słyszy na co dzień, pełne pokładanych w nas nadziei, my, kwiat francuskiej młodzieży, który będzie godnie reprezentował tę uczelnię, respektował wszystkie obowiązujące nas reguły (każdą co do joty!), pilnie kształcił ciało, umysł i duszę, by móc stać się crème de la crème francuskiej sceny muzycznej. Ba, światowej sceny muzycznej!
Byłem tym wszystkim nieludzko przejęty i, chociaż to była dopiero inauguracja, momentalnie wziąłem sobie do serca frazes o starannym kształceniu się na przyszłą sławę, dokładaniu wszelkich wysiłków ku osiągnięciu perfekcji. Ten frazes pozostał ze mną aż do samego końca, kiedy ostatni raz przekraczałem progi Konserwatorium (tym razem w asyście policji), już nie jako znakomicie rokujący student, a jako zdeprawowany posiadacz amfetaminy.
Ostrożnie wybierajcie sobie ładne frazesy, którymi chcecie się kierować w życiu.
Po dziś dzień śmieszy mnie to moje święte przekonanie, że będę chodził tymi samymi schodami co niegdyś Ravel, Bizet czy Debussy.



Komentarze
Prześlij komentarz