XI. niedziela, noc

źródło: archiwum autorki


Umówiliśmy się pod jej kamienicą na Rue de la lune. Punktualnie o 11:00 spotkaliśmy się na dole, oboje w dobrym humorze i dobrej myśli.

–Gotowy? – uśmiechnęła się łobuzersko i uniosła brew.
–Jakżeby inaczej? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie i odwzajemniłem przekorny uśmieszek–chodź, mamy idealną porę i pogodę na muzykowanie, nie traćmy czasu.
–A więc w drogę, camarade! – ruszyła przed siebie dziarskim krokiem, wywijając walizeczką ze sprzętem.

Dwadzieścia minut później rozstawialiśmy się w Lasku Bulońskim. Denerwowała się, widziałem to po nerwowo zagryzanych wargach i drżącym w jej rękach mikrofonie. Położyłem rękę na przykurczonym ramieniu i delikatnie je ścisnąłem.

–Hej, bez nerwów! Ćwiczyliśmy wczoraj calutkie popołudnie i wieczór, jesteś świetnie przygotowana! Bez niepotrzebnego stresu, proszę.
–Wiem, wiem, jakoś tak samo się dzieje... – spojrzała na mnie bezradnie, wzruszając ramionami.
–Oddychaj głęboko, napij się wody, poskacz sobie czy pobiegaj żeby rozładować napięcie i do dzieła! Ten dzień jest nasz!
–Dobry pomysł z tym skakaniem – przyznała mi rację – daj mi chwilkę, poskaczę sobie i zaraz do Ciebie wracam.
–Spokojnie, take your time, najważniejsze żebyśmy byli w dobrej kondycji psychicznej, z czystymi głowami, opanowani jak buddyjscy mnisi. Poćwiczę sobie w tym czasie.

Rzuciła mi wdzięczne spojrzenie i odeszła parę kroków dalej. Rozłożyłem nuty i zabrałem się do rozgrzewania palców. Zaczynamy od  Stormy Weather Etty James. Spore wyzwanie dla wokalistek, ale wiedziałem, że Carmen doskonale da sobie z nim radę. Udowodniła mi to wczoraj. „Żeby tylko była tak pewna siebie jak ja jestem jej pewien” pomyślałem i obróciłem się do tyłu sprawdzić jak jej idzie walczenie z nerwami. Zawzięcie skakała i machała rękami. Spostrzegła się, że ją obserwuję, przybiegła do mnie w podskokach, zziajana, lecz (na szczęście!) roześmiana i wyraźnie rozluźniona.

–Możemy zaczynać – obwieściła tryunfalnie, chwytając mikrofon w drobne dłonie.
–Wedle życzenia, mademoiselle.

Wzięła parę głębokich wdechów, upiła łyk wody i przymknęła oczy, wyczekując mojego ruchu. Pochyliłem się nad klawiszami i posłusznie zacząłem grać.
Nie przesadzę stwierdzając, że świetnie nam poszło. Moja płynna gra idealnie współgrała z jej ciepłym, głębokim wokalem. Dostaliśmy zasłużone oklaski od dziesięciu zasłuchanych osób. Spojrzeliśmy na siebie, obdarzyliśmy się krzepiącymi uśmiechami, rzuciłem jej nieme: „Gotowa?”, skinęła twierdząco głową. Następny był Tom Odell ze swoim Another Love, nie moje klimaty, ale Carmen upierała się, że ściągnie publiczkę. „Żewne piosenki o nieszczęśliwej miłości zawsze dobrze się sprzedają, zaufaj mi”. Cóż miałem zrobić, czasem trzeba pójść na kompromis...

...bo może się okazać, że przyniesie on wiele pożytku. Miała rację, piosenka przyciągnęła kolejne piętnaście osób, w tym (oczywiście) sporo nastoletnich dziewczyn. Posypały się gromkie brawa, zabrzęczały wpadające do melonika monety. Znakomicie. Przyszła pora na utwór stworzony dla damsko-męskiego duetu. Pora na Another Way To Die Jack'a White'a i Alicii Keys. Aż żałowałem, że nie mogę zaśpiewać partii White'a. Carmen bardzo obawiała się odbioru publiki, męski wokal w tym utworze był nie mniej ważny niż damski. Zaryzykowaliśmy, zresztą, jak się potem okazało, całkiem słusznie. Trzydzieści pięć osób nie szczędziło braw i gwizdów. Moja towarzyszka wdzięcznie ukłoniła się widzom, parokrotnie dziękując za ciepłe przyjęcie.

Dalej było już tylko lepiej. Poruszające i nowoczesne Crystal Ball Grimes, znane i lubiane (zwłaszcza przez panie) Someone Like You Adele, taneczne Pass This On The Knife i Summertime Sadness Lany Del Rey na zakończenie.
Takich owacji jeszcze nigdy nie zebrałem. Camen też nie. Dobre parę minut dziękowaliśmy i kłanialiśmy się naszym słuchaczom. „Zapraszamy w przyszłą sobotę w to samo miejsce o tej samej porze” pożegnała publikę wykonując jednocześnie ostatni skłon. Podniosłem melonik z trawy i zacząłem liczyć dzisiejsze zyski.

–Jezu, co za stres! Jestem wyczerpana! Jak nam poszło? – zapytała, wyciągając się na trawie.
–41 euro i 58 centów. Bardzo ładnie jak na pierwszy raz, nieprawdaż?
Wytrzeszczyła oczy z niedowieczania.
–Ile?! Madre mía, cudownie! – zerwała się z ziemi i rzuciła mi się na szyję – nawet nie wiesz jak się cieszę! Tak się bałam, że się rozczarujemy, że pójdzie kiepsko, że ludzie wcale nie będą nami zainteresowani...
–No widzisz, a ja od początku wiedziałem, że wszystko będzie dobrze – wyszczerzyłem się, mocno ją tuląc – to co, chyba należy uczcić ten sukces? Jak myślisz? – odgarnąłem włosy z jej lekko błyszczącej od potu twarzy.
–Jakżeby inaczej? – odpowiedziała mi pytaniem.

Cudownie zaczęta i skończona niedziela. Najlepsza od bardzo długiego czasu. A ile jeszcze takich niedziel przede mną...
Nigdy nie myślałem, że to napiszę, ale jestem prawdziwym szczęściarzem. Znów zaczynam patrzeć w przyszłość z nadzieją, po długich latach kompletnej beznadziei. Wreszcie.

Da się? Da się.



Komentarze

Popularne posty