III. niedziela, wieczór
źródło: archiwum użytkowniczki
Obudziła mnie przeraźliwa suchość w ustach. Język miałem niczym drewniany kołek, z trudem oderwałem go od suchego jak wiór podniebienia. Wraz z otwarciem oczu moją głowę przeszyła błyskawica tępego bólu, by zaraz potem rozlać się nieznośną falą po całej czaszce. Skrzywiony, zacisnąłem zaropiałe powieki, aż zatańczyły pod nimi czerwone refleksy. Mozolnie szarpnąłem zdrętwiałą ręką, by zakryć sobie nią te dwa (na pewno) kaprawe ślepia.
A
więc piłem. A miałem nie pić…
…żartowałem?
Podjąłem
ryzykowne przedsięwzięcie podniesienia się z łóżka, planując, krok po kroku,
ruch każdej części ciała, tak, jakby najmniejszy błąd mógł zakończyć się
tragedią. Najpierw ostrożny przewrót na bok przez prawe ramię, potem lewa ręka
do przodu, za nią prawa, równocześnie obie zgięte nogi na prawo, dobrze mi szło,
wręcz pierwszorzędnie…udało się, usiadłem na brzegu łóżka, (ledwo) podpierając
się rękoma. Słońce wpadało miękkim
światłem przez zasłony, niebo bezchmurne, śliczna pogoda, żyć nie umierać.
Nagle meble zaczęły przesuwać się na lewo, a oba okna balkonowe, jakby nie
chcąc być gorsze, popłynęły w tym samym kierunku. Mnie też zniosło na lewo, bo
co będę gorszy niż meble czy okna, he he. Cały pokój zaczął wirować, a ja razem
z nim, no znakomicie.
Momentalnie
zacząłem żałować, że się w ogóle obudziłem. Nie żyć, umierać.
Po
jakiejś dłuższej chwili jednak żyć. Tym razem podniosłem się bez „helikoptera”,
stanąłem na w miarę stabilnych nogach, patrzenie przed siebie z wyprostowaną
głową stało się możliwe. Ileż to jeszcze razy będę musiał się tak sponiewierać,
żeby już nigdy więcej nie tknąć alkoholu? Szczerze siebie nie cierpię. Ciekawe
ile czasu zajęła mi ta nieludzko trudna czynność, jaką jest wstawanie z łóżka. Oczywiście
telefonu nie było tam, gdzie zwykłem go kłaść, będąc trzeźwy. Okazało się, że tym
razem zostawiłem go na podłodze w przedpokoju, ale już mniejsza o to. Sęk w
tym, że dochodziła siedemnasta, a ja dopiero co wygrzebałem się spod pierzyny,
akurat w niedzielę, akurat w dzień, gdy ludzie wylewają się na ulice, żeby
niespiesznym krokiem spacerować, podziwiać każdą najmniejszą duperelę w zasięgu
wzroku, dla odmiany nigdzie nie gnać na złamanie karku. W dzień, w który mają
lekką rękę do wrzucania drobniaków do mojego kaszkietu. Szlag by to wszystko
trafił!
Ubrałem
się byle jak, byle szybko, przemyłem twarz lodowatą wodą (na otrzeźwienie),
starannie wyszorowałem zęby i język z nadzieją, że nie będzie mi zalatywało
gorzelnią z ust, łapczywie zjadłem czerstwego croissanta, popiłem go galonem
wody, kaszkiet na głowę, keyboard pod pachę i jazda na miasto.
Wpół
do szóstej rozstawiłem się ze sprzętem w stałym miejscu na les Champs Élysées. Tępy ból głowy wciąż dawał mi się we znaki, ale powrót do mieszkania nie
wchodził w grę, aleja była pełna ludzi gotowych sypnąć mamoną. Zacząłem
od pogodnej La Primavery Vivaldiego,
korespondującej ze słoneczną pogodą. Już pierwsze takty zwabiły ku mnie zaciekawioną
parę z kilkuletnim dzieckiem. Gdy przechodziłem do posępnego L'Éstate otaczał mnie już spory
wianuszek słuchaczy, a przy skocznym i radosnym L'Autunno zgromadziłem zasłuchany tłum. Zamykający słynny cykl L'Inverno zebrał głośne brawa, do
kaszkietu posypał się deszcz monet. Wyszedłem przed keyboard i z promiennym uśmiechem
wykonałem mój najdostojniejszy ukłon, « merci beaucoup, je suis honoré», skłon
wyprostowanego tułowia i, na do widzenia, puszczony obiema dłońmi całus w stronę
publiczności.
Gdy
na moje ramię spadła ciężka, męska łapa, byłem w trakcie liczenia zysków. Nie
spodziewając się niczego podobnego, zły, że mi przerwano, podniosłem gniewnie
wzrok i ujrzałem zawadiacko (i szczerbato) wyszczerzoną, nieogoloną gębę
bezdomnego.
–Bonjour, monsieur, jak się mamy po wczoraj? – zapytał teatralnym tonem, puszczając do mnie oko.
A więc to tak. Urżnąłem się wczoraj ze starym Antoine. Nie zdziwiło mnie to jakoś specjalnie. Jako, że nie byłem w nastroju do żartów (wciąż dudniło mi w głowie), warknąłem:
–Znowu mnie naciągnąłeś na jednego, tak? Jaką rzewną historyjkę sprzedałeś mi tym razem, co? Paskudny dziadzie, mówiłem Ci już sto razy, że nie będę z Tobą pił!.
Wściekły na siebie i na cały świat, zacząłem pakować keyboard do pokrowca. Antoine oparł się o klapę tak, żebym nie mógł jej otworzyć. “Za moment go zatłukę, z zimną krwią uduszę padalca” – przebiegło mi przez myśl.
–Może trochę grzeczniej, kawalerze. Gdyby nie ja, spędziłbyś noc na którejś z ławek przy Łuku Tryumfalnym. Zawlokłem Cię pod same drzwi, niewdzięczniku, a wiedz, że wcale nie jesteś lekki –fuknął naburmuszony łazęga, po czym łypnął ciekawskim okiem do wnętrza kaszkietu – No no no, góra złota! Chapeau bas! Wdzięczności nie masz za grosz, ale talentu do wyciągania kasy od przechodniów nie można Ci odmówić! To co, może sypniesz pan jakimś euro za moją wczorajszą przysługę? – zaśmiał się, dając mi kuksańca w bok.
Miarka się przebrała. Trzeba było jasno postawić sprawę.
–Słuchaj no, parchu, nic ode mnie nie wyciągniesz ani dzisiaj, ani kiedykolwiek! Co ja jestem, zapomoga, do jasnej cholery?! Nie po to tyram w kawiarni dniami i nocami i nie po to gram całą sobotę i niedzielę żeby sponsorować staremu pijaczynie staczanie się do rynsztoku!
Obwisła, i tak już czerwona twarz Antoine nabiegła krwią, a groźnie zmrużone oczy złowieszczo błysnęły. A na mnie spadł przysłowiowy jasny grom.
–Zaraz…kto wczoraj płacił? – spytałem z głupia frant, aż za dobrze znając odpowiedź. Bezdomny uśmiechnął się z satysfakcją, ostatecznie pozbawiając mnie wszelkich wątpliwości.
–No jak to kto? Jaśnie wielmożny pan artysta! Żebyś Ty siebie widział! Sam mnie chwyciłeś za fraki i zaproponowałeś kolejeczkę z okazji wyjątkowo pomyślnego recitalu! Cóż miałem zrobić, zgodziłem się.
Oblał mnie zimny pot.
–Antoine…ile tego było? – zapytałem, przysiadając na krawężniku.
–Ano trochę było – zaśmiał się i po dłuższej przerwie szepnął – właściwie to po piątej kolejce rzuciłeś na bar wszystko, co zarobiłeś, bon vivancie. Całe 76 euro. Miałeś wczoraj gest.
–Bonjour, monsieur, jak się mamy po wczoraj? – zapytał teatralnym tonem, puszczając do mnie oko.
A więc to tak. Urżnąłem się wczoraj ze starym Antoine. Nie zdziwiło mnie to jakoś specjalnie. Jako, że nie byłem w nastroju do żartów (wciąż dudniło mi w głowie), warknąłem:
–Znowu mnie naciągnąłeś na jednego, tak? Jaką rzewną historyjkę sprzedałeś mi tym razem, co? Paskudny dziadzie, mówiłem Ci już sto razy, że nie będę z Tobą pił!.
Wściekły na siebie i na cały świat, zacząłem pakować keyboard do pokrowca. Antoine oparł się o klapę tak, żebym nie mógł jej otworzyć. “Za moment go zatłukę, z zimną krwią uduszę padalca” – przebiegło mi przez myśl.
–Może trochę grzeczniej, kawalerze. Gdyby nie ja, spędziłbyś noc na którejś z ławek przy Łuku Tryumfalnym. Zawlokłem Cię pod same drzwi, niewdzięczniku, a wiedz, że wcale nie jesteś lekki –fuknął naburmuszony łazęga, po czym łypnął ciekawskim okiem do wnętrza kaszkietu – No no no, góra złota! Chapeau bas! Wdzięczności nie masz za grosz, ale talentu do wyciągania kasy od przechodniów nie można Ci odmówić! To co, może sypniesz pan jakimś euro za moją wczorajszą przysługę? – zaśmiał się, dając mi kuksańca w bok.
Miarka się przebrała. Trzeba było jasno postawić sprawę.
–Słuchaj no, parchu, nic ode mnie nie wyciągniesz ani dzisiaj, ani kiedykolwiek! Co ja jestem, zapomoga, do jasnej cholery?! Nie po to tyram w kawiarni dniami i nocami i nie po to gram całą sobotę i niedzielę żeby sponsorować staremu pijaczynie staczanie się do rynsztoku!
Obwisła, i tak już czerwona twarz Antoine nabiegła krwią, a groźnie zmrużone oczy złowieszczo błysnęły. A na mnie spadł przysłowiowy jasny grom.
–Zaraz…kto wczoraj płacił? – spytałem z głupia frant, aż za dobrze znając odpowiedź. Bezdomny uśmiechnął się z satysfakcją, ostatecznie pozbawiając mnie wszelkich wątpliwości.
–No jak to kto? Jaśnie wielmożny pan artysta! Żebyś Ty siebie widział! Sam mnie chwyciłeś za fraki i zaproponowałeś kolejeczkę z okazji wyjątkowo pomyślnego recitalu! Cóż miałem zrobić, zgodziłem się.
Oblał mnie zimny pot.
–Antoine…ile tego było? – zapytałem, przysiadając na krawężniku.
–Ano trochę było – zaśmiał się i po dłuższej przerwie szepnął – właściwie to po piątej kolejce rzuciłeś na bar wszystko, co zarobiłeś, bon vivancie. Całe 76 euro. Miałeś wczoraj gest.



Komentarze
Prześlij komentarz